EPiC – film, który po prostu trzeba zobaczyć. (Elvis Presley in Concert - recenzja filmu)
- The King's Friends
- 21 lut
- 3 minut(y) czytania

Wczoraj – po niemal 30 latach oczekiwania – wreszcie się doczekałem. Elvis Presley in Concert trafił na ekrany kinowe. I powiem najprościej, jak potrafię: ten film zostawia widza bez tchu, z opadniętą szczęką i sercem bijącym szybciej niż zwykle. To absolutnie przepiękne dzieło – zarówno wizualnie, jak i muzycznie.
Najważniejsze jest jednak coś innego. Mimo że film wypełniony jest po brzegi śpiewającym Królem Rock’n’Rolla, po raz pierwszy to sam Elvis Presley opowiada nam swoją historię. Tak – to sam Elvis mówi o początkach kariery, o wojsku, o słabszych filmach, w których grał, i wreszcie o koncertach z początku lat 70. Jego narracja – w dużej mierze pochodząca z okresu realizacji Elvis on Tour – została zręcznie uzupełniona wypowiedziami z innych lat. Dzięki temu otrzymujemy dokument, w którym artysta prowadzi nas przez swoje życie aż do roku 1972. I to jest ogromna wartość tego filmu: wreszcie słyszymy jego wersję tej historii.
Ta narracja sprawia też, że EPiC nie jest zwykłym filmem koncertowym. Różni się wyraźnie od Elvis: That's the Way It Is czy wspomnianego wcześniej On Tour, choć większość materiału pochodzi właśnie z ujęć realizowanych do tych produkcji. Tutaj dostajemy osobistą opowieść zilustrowaną muzyką.
Fragmenty narracji i utworów wzajemnie się dopełniają. Gdy Elvis wspomina o stracie matki, na ekranie widzimy fragment „Twenty Days and Twenty Nights”, a słowa „I miss her, oh how I miss her” wybrzmiewają z podwójną siłą. Podobnie we wstępie do „Polk Salad Annie”, gdzie wers „that's all about they've had to eat, but they did all right” dopełnia zdjęcie małego Elvisa z rodzicami. To montaż na najwyższym poziomie – emocjonalny, przemyślany, poruszający.
Muzyka – absolutne mistrzostwo

To, co zrobiono z dźwiękiem, zasługuje na osobny akapit. Przestrzenny miks sprawia, że siedzimy w samym środku koncertu. Wokale The Sweet Inspirations oraz The Stamps (TTWII - Imperials) brzmią potężnie. „Oh Happy Day” czy „How Great Thou Art” wywołują autentyczne ciarki.
Zespół TCB brzmi selektywnie i potężnie jednocześnie. Solówki gitarowe są czytelne, akcenty na końcach fraz wyraźne, pianino raz delikatnie kołysze, by za chwilę uderzyć z pełną mocą. No i Ronnie Tutt – jego perkusja to czysta energia i klasa. A nad tym wszystkim unosi się mocny, czysty, imponujący wokal Elvisa.
To muzyczna uczta, która nie tylko nie ustępuje współczesnym produkcjom koncertowym – ona wiele z nich deklasuje. Elvis nie potrzebuje wjazdu na scenę na jednorożcu, setek tancerzy, laserów i pirotechniki. On i jego zespół są muzyką. I to widać. I to słychać.
Dynamika w utworach takich jak „Suspicious Minds”, „Never Been to Spain” czy „How Great Thou Art” dosłownie wbija w fotel. Każda piosenka jest tu osobną opowieścią, zbudowaną napięciem i perfekcyjnym wyczuciem kulminacji.
Obraz – jakość, jakiej jeszcze nie było

Wizualnie otrzymujemy jakość nieporównywalną z niczym, co dotąd widzieliśmy. Sceny, które oglądałem setki razy, nagle wyglądają tak, jakbyśmy stali tuż obok sceny. Widać detale: fragment chusteczki na szyi Elvisa, elementy kostiumów, krople potu na rzęsach. Kolory są nasycone, żywe – koszule lśnią pełnią barw.
Montaż jest charakterystyczny dla Baz Luhrmann – szybkie cięcia, bardzo bliskie kadry, dynamiczny rytm. Film porywa i momentami wprawia w osłupienie. Owszem, zdarzają się drobne niespójności – jak ujęcie paska gitary w solówce „Big Hunk o’ Love”, sugerujące wykorzystanie materiału z „See See Rider” – ale w żaden sposób nie psuje to odbioru całości.
W filmie zobaczymy również dużą ilość bardzo bliskich - dla mnie nowych - kadrów. Szczególnie ujęcia Elvisa z koncertów w Hotelu International są wzięte z kamer które do tej pory nie były mi znane. Co najważniejsze jednak każde ujęcie jest jakościowo doskonałe.
I jeszcze jedno: Elvis wygląda tu fenomenalnie. Jeśli ktoś powtarza stereotyp „Elvis był gruby” – ten film skutecznie go obali. Widzimy wysportowanego, szczupłego, dynamicznego artystę z błyskiem w oku. Zabawnego, spontanicznego, charyzmatycznego.
Czy są minusy?
Szczerze? Dla mnie film jest po prostu za krótki. Chciałbym zobaczyć dłuższe fragmenty koncertów. Osobiście nie przekonuje mnie też wykorzystanie „Burning Love” w wersji z Royal Philharmonic Orchestra – wolałbym klasyczne wykonanie, zwłaszcza to zapowiedziane przez Elvisa z „niekończącą się” końcówką, gdy zespół zdawał się zapomnieć, jak zakończyć utwór.
Nieco zbyt długi wydaje mi się również fragment poświęcony filmom fabularnym Elvisa, o których sam mówi z bolesną szczerością, że były słabe i że nie chciał w nich grać.
Ale umówmy się – to absolutne detale.
Emocjonalna podróż

EPiC to nie tylko film dla fanów. To emocjonalna podróż dla każdego wrażliwego muzycznie widza. Wzruszenia przychodzą naturalnie. W finale, gdy wybrzmiewają słowa z „American Trilogy” – „so hush little baby, don't you cry” – a Elvis mówi, że gdy scena będzie już pusta i kurtyna opadnie, on wciąż tam będzie… trudno o suche oczy.
A potem zapada cisza i mrok.
Słyszymy samotny wokal w „Can't Help Falling in Love”. Muzyka i obraz wracają powoli. Widzimy Las Vegas, rok 1970. Elvis zamyka show. Kurtyna opada.
Tego nie da się w pełni opisać. To trzeba przeżyć.
Kup bilet. Idź do kina. Bo do tej pory nie powstał żaden film o żadnym artyście, który można by porównać z tym, czego dokonał Baz Luhrmann.


Komentarze